Nadszedł ten ostateczny rok, kiedy kolejna reforma edukacji została wdrożona w całości w życie i wszystkie 6-latki, zgodnie z planem Ministerstwa Edukacji Narodowej, trafiły do szkół. Oczywiście wszystkie te, których rodzice nie uzyskali lub nie chcieli uzyskać odroczenia obowiązku szkolnego. Okazało się, że tych dzieci jest tak ogromna liczba, że w wielu szkołach podstawowych zrobiło się nieco kryzysowo.

Nie mamy zastępowalności pokoleń, kiedy 3 klasy z danego rocznika idącego dalej zastępowano kolejnymi 3 klasami młodszego rocznika. Mamy prawdziwy najazd 6-cio i 7-latków na podstawówki, a w miejsce 3 klas postaje 5 nowych (lub więcej w zależności od rejonu).

 

Oczywiście w przypadku 6-latków tak zmasowany najazd na podstawówki nie jest ich winą ani nie jest spowodowany ich wolną wolą, ale arbitralną decyzją rządzących polską oświatą. Co to oznacza w praktyce? Że zapychają nam się świetlice, że jest za mało sal lekcyjnych i siłą rzeczy będziemy mieć naukę na dwie zmiany. Że zabraknie miejsca w salach lekcyjnych na zajęcia dodatkowe dla dzieci.

 

Że obiady na szkolnych stołówkach dzieci będą jeść w turach i „na gwizdek”, w pośpiechu, żeby każdy chętny uczeń mógł skorzystać z posiłku. Nieważne, że jednego dnia dziecko zje obiad o 11.30, a drugiego będzie go spożywać o 13. Będziemy mieć jeszcze więcej lekcji wychowania fizycznego na szkolnych korytarzach albo (o zgrozo!) w klasach, bo infrastruktura sportowa nie jest z gumy i nie pomieści tylu dzieci naraz. Ścieśnimy dzieci w szatniach, w których już dziś trudno się poruszać swobodnie jesienno – zimową porą. I wreszcie, przy takiej liczbie nowych uczniów przekroczymy wszelkie dopuszczalne normy hałasu na przerwach, co spowoduje większe codzienne zmęczenie dzieci i nauczycieli w ciągu całego dnia.


Czy można było tej sytuacji zapobiec? Uważam, że tak. Decyzją rządu reforma musiała wejść w życie. Ale rolą dobrego gospodarza danego samorządu jest przyjrzenie się sytuacji demograficznej i dostępnej infrastrukturze szkolnej. Szkół, które pilnie wymagają rozbudowy, jest mnóstwo. Tymczasem w oświacie prowadzi się tylko niezbędne remonty, jeśli odpowiednie służby już nakażą, a i te „inwestycje” często przeciągają się z winy nierzetelnych wykonawców czy słabego nadzoru inwestorskiego. O rozbudowie sal gimnastycznych, dobudowie całych skrzydeł przepełnionych szkół możemy tylko pomarzyć. Co więc powinien zrobić dobry administrator oświaty? Otóż powinien wykorzystać dostępne prawnie narzędzie. Rząd wprawdzie nakazał 6-latkom pójść do I klasy, ale pozwolił również, żeby na wniosek rodziców, poparty zaświadczeniem z Poradni Psychologiczno – Pedagogicznej obowiązek ten niektórym dzieciom odraczać. Można więc było zupełnie legalnie znaczną część dzieci pozostawić w przedszkolu. Lekką ręką odroczyć ten obowiązek, jeśli rodzice czuli, że ich dziecko powinno jeszcze rok być odciążone od obowiązków albo że szkoła rejonowa nie jest gotowa na zwiększoną liczbę dzieci. Tymczasem odraczanie szło jak po grudzie i tylko najbardziej zdeterminowanych rodzicom udało się dopiąć swego. Dyrektorzy szkół zaś, w imię starej zasady „wszystkie dzieci nasze są” parli do przyjmowania jak największej liczby uczniów. Bo reforma, bo obowiązek, bo ustawa, bo wola magistratu, bo wreszcie – subwencje idące za każdym uczniem. Nieistotne, że wyż demograficzny na tym etapie aż się prosi o wydłużenie procesu tych zmian. Takich relacji opowiadanych przez rodziców znamy w Stowarzyszeniu Rodzice dla Szczecina mnóstwo.
Powszechnie dostępne dane na poziomie ogólnopolskim pokazują, że niemal wszędzie na poziomie gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych naukę rozpoczęło mniej uczniów niż przed rokiem. Już czuję, że te dane będą wodą na młyn dla miejskich urzędników i radnych, którzy ochoczo w najbliższych latach przystąpią do likwidacji części szkół. Bo dzieci jest mniej. Owszem, może jest ich mniej, ale tylko tu i teraz. Tymczasem na oświatę należy patrzeć całościowo i w perspektywie kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu lat. Dzisiejsze 6-latki za 7 lat będą w gimnazjach, za 10 lat – w szkołach ponadgimnazjalnych. Jeśli dziś zlikwidujemy jakąkolwiek szkołę drugiego czy trzeciego oświatowego szczebla, za te kilka lat będziemy rwać włosy z głowy, że brakuje szkół, że klasy są przepełnione, że nie ma gdzie dzieci i młodzieży „upchnąć”. Ważne więc, żeby nauka z obecnego najazdu 6-latków do podstawówek nie poszła w las. I żeby wyciągnąć wnioski na przyszłość, nawet za cenę chwilowego utrzymania nieco droższych szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych. Podstawówki w ubiegłych latach polikwidowano, a dzisiaj wszyscy ponosimy tego konsekwencje. Wyciągnijmy z tego lekcję - jak w dobrej szkole.

 

Dorota Korczyńska, Szczecinianka Roku, założyciela Stowarzyszenia Rodzice dla Szczecina

Dodaj Temat

 reklama balticbd

calidozaworarka

 

reklamamchecinski1

 

lechbudIIetap

 

inwestbohwawy

 

vertaxofertareklama1

banerekfotowoltaika210x240px3

 assetlogolarge

 

balticinfopl

 

dermalogicalogo1


logonieruchomosci ew1

logopraxis

pamprofil

 

4mobile

banerbogurscy
 banerek1
logo just
 
MAPA STRON I II
stat4u